piątek, 5 sierpnia 2011

Czas zacząć, czyli post o olejowaniu…

Zgodnie z Waszym życzeniem (ponad 70% głosów w ankiecie, za udział w której serdecznie Wam dziękuję), posta dotyczącego pielęgnacji włosów podzieliłam na kilka części. Dzisiaj pierwsza z nich, czyli oleje. Moja przygoda z olejami zaczęła się ponad pół roku temu, kiedy uznałam, że czas najwyższy coś zrobić w temacie włosów, które co prawda były dość długie, ale zdecydowanie hm… niereprezentacyjne ;) Smętnie zwisające strąki, przesuszone, porozdwajane końcówki, ogolnie rzecz biorąc – siano i to w dodatku siano nadmiernie wypadające (przy każdym myciu i spłukiwaniu włosów w ręce zostawał mi kosmyk włosów, co było naprawdę przerażające). Oczywiście przeczytałam od deski do deski wizażowe wątki poświęcone pielęgnacji włosów (robiąc jednocześnie notatki i wypisując sobie różne uwagi, spostrzeżenia, rzeczy godne zapamiętania). A potem trafiłam na genialnego bloga Anwen, który okazał się prawdziwą skarbnicą wiedzy poświęconej włosom- masa informacji, przydatnych wskazówek i ogólnie niezbędnik dla osób, które interesują się tematem pielęgnacji włosów. Jeżeli jakimś cudem go jeszcze nie znacie – gorąco POLECAM :)
Mój wybór padł na oleje, jako iż miałam w lodówce sporo olejów, które nie sprawdziły się w pielęgnacji twarzy, więc pomyślałam, że pora je wykorzystać, zanim się zmarnują. Zaczęłam od zwykłego oleju kokosowego, potem przyszła pora na sławną Amlę Daburową, Vatikę, a potem już nieco w szerszym zakresie, czyli oleje Sesa, Heenara i Bhringraj.
Zastanawiając się, jak ugryźć temat tego posta, stwierdziłam, że najpierw opiszę pokrótce obecnie posiadane przeze mnie oleje, a potem dodam kilka uwag, które mogą (ale nie muszą! :) ) być pomocne dla tych z Was, które przygody z olejami jeszcze nie rozpoczęły.


Ciąg dalszy TUTAJ

niedziela, 31 lipca 2011

Zmasowany atak, czyli jak sobie radzę z wysypem…

Dostałam od Was kilka maili z prośbą, o opisanie, jakie są moje sposoby na wysyp na skórze. Niestety, moja wrażliwa skóra reaguje tak bardzo często na składniki zawarte w zwykłych, drogeryjnych czy też aptecznych kosmetykach, dlatego gdy co jakiś czas skuszę się na jakieś testy takich produktów, przypłacam to najczęściej katastrofą na mojej twarzy.


(na dysku znalazłam zdjęcia z jakimiś makijażami, których nie zdecydowałam się opublikować, właśnie ze względu na niezbyt efektowny stan mojej skóry – tak właśnie wygląda ona, gdy tylko użyję czegoś, co ma w składzie np. glicerynę)

Większość z Was w takich przypadkach może po prostu sięgnąć po preparaty apteczne czy sklepowe mające na celu zniwelowanie wyprysków, guli, ropnych zmian i innych sensacji. Ja niestety takiego komfortu nie mam, gdyż 100% tych kosmetyków zawiera w składzie albo glicerynę, albo glikol propylenowy, albo shea albo woski, albo pantenol, albo witaminę E. A moje zmiany na skórze spowodowane są właśnie tymi składnikami… Nie szkodzą mi silikony, nie straszny mi nawet olej mineralny gdzieś tam dalej w składzie (choć staram się go unikać), nie wystrzegam się też innych olejów, czyli to, co najczęściej jest postrzegane jako potencjalne zapychacze. Ja baczniej przyglądam się tym składnikom, które wymieniłam plus dodatkowo zwracam uwagę, czy niacynamid nie występuje w nadmiernej ilości..

Ciąg dalszy TUTAJ 

Sleek Bad Girl, czyli jak zwykle spóźniona…


Wszędzie na blogach królują recenzje nowej paletki Sleek Oh So Special, natomiast u mnie jak zwykle ze sporym poślizgiem – recenzja paletki, która swoją premierę miała już dawno, dawno temu, czyli :
(Oh So Special będzie niebawem :) )


Po początkowej nieufności do Sleeka i niezbyt korzystnego pierwszego wrażenia, jakie zrobiła na mnie paletka Storm, przekonałam się jednak, że da się sleekowe cienie polubić i – mało tego, nawet używać :) Właściwie im więcej, tym bardziej rośnie moja sympatia do nich. Oczywistym więc było, że prędzej czy później w moje ręce wpadnie następna paletka. Okazało się, że będzie nią Bad Girl..

ciąg dalszy TUTAJ

piątek, 29 lipca 2011

Everyday Naturals, czyli nierówna walka ze skórkami…

Dawno, dawno temu Everyday Minerals posiadało w swojej ofercie coś, co wg mnie było najbardziej niedocenianym produktem tej marki. Coś, co odkryłam w momencie, kiedy ktoś w firmie podjął niezrozumiałą dla mnie decyzję o wycofaniu tego produktu. Mowa o Carrot with Poppy & Illipe Cuticle Butter, czyli masełku do skórek z masłem Illipe. Udało mi się swego czasu nabyć kilka opakowań tego kosmetyku (a w ubiegłe lato dostałam ostatnie pudełeczko od Pastereczki), ale wszystko kiedyś ma swój koniec. Tak też się stało z tym masełkiem. Niestety, ostatni zapas musiałam wyrzucić, bo zaczął jakoś podejrzanie dziwnie pachnieć, więc podejrzewam, że po prostu skończył się jego żywot.
Walka ze skórkami trwa u mnie od wielu lat. I choć regularnie używałam wielu preparatów mniej lub bardziej dostępnych na rynku (LUSH, Burt Bee's, Orly, CND, Badger i kilka innych), to ciągle mam wrażenie, że jest to jakaś dziwna próba sił, kto mocniejszy, ja czy one… Gdy tylko chwilę sobie odpuszczę, moje skórki wyglądają koszmarnie. Jakbym nigdy w życiu z nimi niczego nie robiła.
Ciągle się łudzę, że pewnego dnia znajdę kosmetyk, którego użyję, a jak za dotknięciem magicznej różdżki zniknie na wiele dni, tygodni, miesięcy, lat problem narastających i przesuszonych skórek wokół paznokci. Póki co – kupuję co mi w łapy wpadnie. Do niczego jednak do tej pory nie wracałam z taką przyjemnością jak właśnie do tego masełka z Everyday Minerals – miało idealną konsystencję, nie za tłustą, nie za lekką, szybko się wchłaniało, pozostawiając skórki miękkie, dobrze nawilżone, bez uczucia lepkości, ze świeżym zapachem owoców cytrusowych…
Dlatego też, gdy okazało się, że pojawiło się coś, w czym dostrzegłam szansę na znalezienie zamiennika dla owego masełka, bez wahania przystąpiłam do testów. Mowa o :



ciąg dalszy TUTAJ

czwartek, 14 lipca 2011

NYX, czyli dylemat pomadkowy…

Jakiś czas temu dość intensywnie przyglądałam się kosmetykom NYX i mimo iż z tej przygody zostało mi kilka cieni, to jednak znaczna większość zakupionych wtedy kosmetyków zakończyła swój żywot albo w koszu, albo na Allegro. Zdjęcia, jakie mi pozostały można obejrzeć TUTAJ. Nie to, żebym uważała, że są to złe kosmetyki. Nie, z pewnością nie. Można wśrod nich znaleźć kilka perełek, ale jednak mimo wszystko po chwilowym zachwycie nyxowymi nabytkami, moja przygoda z tą marką zakończyła się.
Do czasu, kiedy w moje ręce wpadła paletka Champagne & Caviar , która obudziła we mnie chęć ponownego przyjrzenia się tym kosmetykom. Tym razem wybór padł na pomadki i róże, które jakoś wcześniej nie wzbudzały mojego zainteresowania. O ile dobrze pamiętam, to podczas zakupów zbiorowych na wizażowym forum, to właśnie pomadki i błyszczyki cieszyły się dość sporą popularnością. Ja jednak wtedy ust kompletnie nie malowałam, więc te akurat produkty nie kusiły mnie ani trochę.

NYX, czyli dylemat pomadkowy… ciąg dalszy TUTAJ 

niedziela, 3 lipca 2011

Zapomniane, czyli zaległa recenzja z Matique

Robiąc porządek w swoim wordpressowym panelu natknęłam się na post, który jakimś cudem nie został nigdy opublikowany. Przygotowałam go sobie do publikacji, dodałam zdjęcia i … zapomniałam o nim. Wyciągam go w takim razie na światło dzienne, dopisując kilka uwag, które mogę dodać po kilku miesiącach używania jednego z tych kosmetyków. Zdecydowałam się go jednak podzielić na dwie części i każdy z tych kosmetyków opisać osobno, gdyż wyszedł mi straaaaasznie długi post.



środa, 15 czerwca 2011

Essence Stay With Me po raz kolejny :)

Jakiś czas temu pokazywałam błyszczyk z serii Stay With Me Essence i tak mi przypadł do gustu, że przy następnej wizycie w Naturze postanowiłam chwycić wszystkie z tej linii. Co prawda odcień 06 wzbudzał moją ogromną niechęć ze względu na kolor i byłam pewna, że wyląduje w koszu, jednak okazało się, że nie taki diabeł straszny … :)


 Na zdjęciu od lewej strony : 01 ME & MY ICE-CREAM, 02 MY FAVOURITE MILKSHAKE, 03 CANDY BAR, 04 TRENDSETTER, 05 I LIKE COTTON CANDY, O6 BERRY ME!, 07 KISS KISS KISS

Po ciąg dalszy zapraszam TUTAJ

piątek, 18 lutego 2011

Konkurs !

Pierwszy konkurs dla czytelników mojego bloga!
Nagrody ufundowała firma Pixie Cosmetics.


Szczegóły konkursu:
Aby wziąć udział w losowaniu nagród, należy :
  • wypełnić ankietę znajdującą się TUTAJ
  • podać w ankiecie login/adres mailowy pod jakim obserwujesz MOJEGO BLOGA  (niestety, aby uniknąć nieuczciwości spotykanej na innych blogach zdecydowałam się połączyć ankietę z konkretnymi nickami / adresami mailowymi)  - proszę o NIE wpisywanie w adresów mailowych w komentarzach do tego posta
  • odpowiedzieć w - komentarzu /  mailu / gdziekolwiek, gdzie będę mogła to przeczytać - na pytanie : o czym chciałbyś przeczytać na moim blogu (może to być pomysł na serię postów, pojedyńczego posta, zdjęcia, jakich brakuje) wraz z informacją,  która nagroda Cię bardziej interesuje: komplet pędzli czy korektor
Wszystkie osoby, które spełnią powyższe warunki otrzymają jeden los, który weźmie udział w losowaniu nagrody głównej : zestawu pędzli LUB korektora.
Dodatkowo - wśród wszystkich biorących udział zostanie rozlosowane... UWAGA! :
19 zestawów składających się z : próbki NOWEGO beżowego korektora PLUS PEŁNOWYMIAROWY ZIELONY KOREKTOR PIXIE w poprzedniej szacie graficznej !!!!
Jak zwiększyć swoje szanse na wygraną?
  • Poinformuj o konkursie na swoim blogu ( zyskujesz 3 dodatkowe losy, a każdy z nich bierze udział w losowaniu)
  • Prześlij na mój adres mailowy cathy@mineralnekosmetyki.pl makijaż z użyciem dowolnego kosmetyku mineralnego wraz ze zgodą na publikację ( zyskujesz 5 dodatkowych losów)
I już, to wszystko :) Mówiłam, że nie będzie to trudny konkurs :)
Zamknięcie konkursu i losowanie nagród - niedziela 6 marca
Nagrody zostaną przesłane pocztą (oczywiście osoba wygrywająca kosztów żadnych nie ponosi). Wszystkie produkty przeznaczone na nagrody są NOWE, zapakowane i NIGDY nie używane.
Życzę powodzenia i zapraszam do zabawy.
PS. pierwszy raz robię ankietę tego typu, więc gdyby coś nie do końca działało, albo nie grało, to proszę o informację i wyrozumiałość :)

Wszelkie szczegóły :



poniedziałek, 14 lutego 2011

Kolejny raz Lucy

Pogoda dziś dopisała, więc udało mi się zrobić kilka "mniej zachmurzonych" zdjęć. Post dość nietypowy, bo pozbawiony mojego rozpisywania się. Niech zdjęcia mówią same za siebie tym razem.
W rolach głównych : Lucy Minerals Espresso liner, Raisin eyeshadow, Plum liner, Sandcastle eyeshadow, Sunkissed eyeshadow
Przy oglądaniu zdjęć zdecydowanie polecam kliknąć w obrazek, by obejrzeć je w powiększeniu

Słoneczny dzień, zdjęcia robione w cieniu, bez użycia lampy :

Po ciąg dalszy zapraszam na mojego bloga :


Lucy Minerals, a właściwie głównie Espresso Liner

O tym, że Lucy Minerals to marka, która plasuje się niezmiennie w czołówce moich ulubionych mineralnych firm, pisałam już niejednokrotnie. O tym, że podkład Lucy to jeden z moich faworytów, też pisałam nieraz.


Po ciąg dalszy zapraszam na mojego bloga :


Famous Flamingo czyli ogromne rozczarowanie Essence

Raz na jakiś czas umieszczam recenzje kosmetyków, które z minerałami albo naturalnością mają niewiele wspólnego. Dzisiaj padło na Essence. Kilka tygodni (a może to już miesięcy? nie pamiętam, szczerze mówiąc), w drogeriach pojawiła się limitowana edycja Essence Return To Paradise. Mi w oko wpadła tylko jedna pozycja z tej serii – rozświetlający puder w pudełeczku wzrorowanym (żeby nie nazwać tego dosadniej) na Beneficie i jego kosmetykach. Nie ukrywam, że wygląd opakowania ma dla mnie duże znaczenie i choć nie jestem pewna swoich odczuć co do "wzorowania się" na innych markach (jak np. E.L.F. na NARS-ie, czy ostatnio NYX na Too Faced), to pudełko jednak moją uwagę zwróciło.

Po ciąg dalszy zapraszam na mojego bloga :


Amber Blush w akcji

Znalazłam dziś rano w skrzynce pytanie, czy mogłabym pokazać dokładniej, jak wygląda Amber Blush z Blusche w makijażu. Jako iż nie byłam jeszcze umalowana, to pomyślałam sobie, że może użycie go dzisiaj wcale nie jest złym pomysłem. Niestety, pogoda rano średnio dopisała, pochmurno i szaro, stąd też tylko 2 zdjęcia i to nienajlepszej jakości. Makijaż mało dopracowany, ale miałam naprawdę kilka minut tylko, żeby go zrobić i jeszcze pstryknąć zdjęcia ;)
(no i wybaczcie soczewki :) Raczej nie używam kolorowych soczewek do zdjęć tu pokazywanych, ale tym razem musiałam wyjść zaraz po zrobieniu makijażu)

Po ciąg dalszy zapraszam na mojego bloga :


Silk Naturals, Blushe, Coastal Scents – niedobitki ;)

Ja wiem, że tytuł taki mało sympatyczny, ale uświadomiłam sobie, że mam w swoich zbiorach jakieś resztki z Silk Naturals, których jeszcze nie opisałam tutaj. A że czas się z nimi pożegnać i zdecydować, czy chcę pełen wymiar, czy wyrzucić te resztki, to postanowiłam obfocić i podjąć męską decyzję :)
Efektem tych rozmyślań są 3 puste słoiczki zamiast 3 wypełnionych resztkami jakiś proszków. To coś, co właściwie wstyd nawet fotografować było, spłynęło w umywalce, a ja poczyniłam zamówienie drobne decydując się na zakup tylko jednego pełnowymiarowego odcienia z tych prezentowanych tutaj :D
Do rzeczy…

Po ciąg dalszy zapraszam na mojego bloga :

Lumiere – róże

Kontynuacja poprzedniego posta, w którym pokazałam rozświetlacze/bronzery Lumiere.
Teraz pora na to, co widać na II części zdjęcia, czyli róże Lumiere.
Mimo dość bogatej oferty i sporego wyboru, nie znalazłam ani jednego odcienia dla siebie, który chciałabym nabyć w pełnym wymiarze.  W dodatku kilka z testowanych przeze mnie odcieni ma dość kiepską przyczepność i nie rozkłada się na skórze równomiernie, co zniechęciło mnie do dalszego szukania.
O ile rozświetlacze i bronzery Lumiere w znacznej większości bardzo lubię, o tyle z różami nie do końca się zaprzyjaźniłam.
Oto, co ostało się do zdjęć po testach rozmaitych :)
Po ciąg dalszy zapraszam na mojego bloga :


Dzisiaj postanowiłam opisać wszystkie róże/rozświetlacze, jakie mi pozostały z Lumiere.
Jak widać, pozbywam się znacznej części tego, co mi w szafkach tylko miejsce zajmuje i zostawiam sobie to, czego naprawdę używam. Ze sporą ilością rozstałam się już kilka miesięcy temu i choć decyzje o rozstaniu nigdy nie są łatwe (wiem, że to śmieszne, ale jakoś przywiązuję się do swoich kosmetyków ;) ), to jednak pora najwyższa usunąć ze swoich zbiorów i tą resztę, której już nie używam.
Z Lumiere zostawiłam sobie 4 produkty zaledwie ;)
Tu jeszcze zdjęcie z początku roku, gdzie widać resztki lumierowej kolekcji.

 
Po ciąg dalszy zapraszam na mojego bloga :


sobota, 5 lutego 2011

Sephora, czyli ani mineralnie ani naturalnie… Część II

Kolejna część posta dotyczącego zakupów w Sephorze (choć tu całkiem naturalnie jeżeli chodzi o skład, może nie idealnie, ale na pewno lepiej niż przy poprzedniej recenzji sephorowych zakupów)
Dzisiaj kosmetyk, który ma tyle samo fanek, co i zagorzałych przeciwniczek, które go nienawidzą.
Mowa o :
Super Hand Scrub by Sephora
Jest to nic innego, jak peeling do rąk. Jego głównym zadaniem jest usunąć martwy naskórek, wygładzić skórę, przygotować do dalszych zabiegów, ułatwić wchłanianie się preparatów pielęgnacyjnych i generalnie wszystko to, co peeling robi.
Owszem, wykonanie takiego peelingu samodzielnie, to 3 minuty roboty i właściwie możemy go sobie zrobić w każdej chwili z powszechnie dostępnych składników w każdym domu. Ja jednak, jako iż nie cierpię sobie życia utrudniać, a raczej maksymalnie je upraszczać i wychodzę z założenia, że jeżeli mogę gdzieś zaoszczędzić na czymś czas, to grzechem przy moim wiecznym narzekaniu na jego brak, byłoby z takiej opcji nie skorzystać.
Dlatego też dwufazowy peeling z Sephory od dłuższego czasu jest moim niezbędnikiem w łazience.
 
 
Po ciąg dalszy zapraszam na mojego bloga :

poniedziałek, 31 stycznia 2011

........

Nie ma to jak dobrze zacząć tydzień.
Uwielbiam wejść rano na swojego bloga i zobaczyć komunikat o blokadzie konta, a w skrzynce mailowej znaleźć : " User cathy has been suspended for bandwidth overusage".
Zaczynam mieć serdecznie dość LaoHost. Kilkanaście dni temu wykupiłam większy plan, żeby właśnie nie widzieć nigdy więcej blokady z powodu zużycia zasobów i co? Nagle okazało się, że większy plan już nie wystarcza,  bo 4% zużycia zasobów, które do tej pory właściwie nigdy nie było przekraczane, nagle jest przekraczane codziennie.... A jakoś nie przypominam sobie, żebym robiła cokolwiek na blogu zwiększającego zasobożernosć...


Eh... dobrze, że za miesiąc konczy mi się umowa z LaoHost. Chyba trzeba rozejrzeć się za nowym dostawcą...

czwartek, 27 stycznia 2011

Mineralne cienie do brwi

Zgodnie z obietnicą, w końcu całkowicie mineralny post dotyczący cieni do brwi. Wstęp właściwie umieściłam w poprzednim poście, więc przejdę od razu do rzeczy. Oto reszta cieni do brwi, które mi się jeszcze z różnych powodów ostały. Do takiego zestawienia przymierzałam się wcześniej, ale przeprowadzka, zamieszanie i cała masa innych „przeszkadzajek” odłożyły go nieco w czasie. A co za tym idzie – część cieni poszła już w świat, część po prostu zużyłam, część zaginęła w tajemniczych okolicznościach. Zostało mi tylko to, co widać na zdjęciu:


Po ciąg dalszy zapraszam na mojego bloga :

Brwi… temat rzeka ;)

O brwiach mogłabym pisać i pisać. To mój słaby punkt i coś, co przyprawia o wściekłość za każdym razem, gdy próbuję ten temat ugryźć.
Lata wyrywania brwi ( ok.15 lat takiego traktowania) i nadawania im kształtu cienkich nitek nie przeszły bez echa. Zostawiły po sobie pamiątkę w postaci lichych, sterczących w różne strony brwi, które choćbym na uszach stawała, za nic nie chcą rosnąć.
Kuracje, jakie im zafundowałam kosztowały mnie już tyle, że nawet boję się podliczać. I co? Nic. Kompletnie nic. Próby z olejkiem rycynowym pieczołowicie wsmarowywanym w brwi ( i rzęsy przy okazji) przez długie miesiące, chyba większość dostępnych na rynku odżywek (od Pierre Rene, Celię i Oriflame zaczynając, na kapsułkach Gal kończąc), w akcie desperacji nawet po wspominany na LU Atrederm (!) sięgnęłam. O Talice, RefectoCilu  i innych wynalazkach nawet nie wspomnę. I choć czasem coś tam w tym temacie zaczynało się dziać, brwi jakby zaczynały kiełkować, to jednak w pewnym momencie zaliczałam STOP i ani mm więcej. W najlepszym wypadku coś tam urosło, ale raczej jakieś pojedyńcze kiełki i nie w tym miejscu,w  którym bym sobie tego życzyła. I tak jest do dzisiaj …
Nie pozostało mi nic innego jak pogodzić się z tym, że marzenie o pięknych łukach brwiowych może się nigdy u mnie nie spełnić. I choć Matka Natura nie była dla mnie łaskawa w tym temacie, to na co dzień staram się ją delikatnie oszukiwać.
I tu z pomocą przychodzą mi :
Cienie i inne kosmetyki do brwi
Oczywiście zanim zaczęłam używać mineralnych proszków przeszłam przez te tradycyjne, dostępne w drogeriach i nie tylko. Do moich ulubionych należały m.in.


Po ciąg dalszy zapraszam na mojego bloga :

Sephora, czyli ani mineralnie ani naturalnie… Część I

O ile zakupy kremów z iHerba czy nawet kremu Mineral Flowers mogę podciągnąć pod tematykę mojego bloga (czyli kosmetyki mineralne plus naturalna pielęgnacja, bądź kosmetyki oparte o przyjazne składy), o tyle moich ostatnich zakupów z Sephory, mimo usilnych starań, w tą kategorię włożyć zdecydowanie nie mogę.
Ale jako iż zdarza mi się kupić coś, co niekoniecznie jest zgodne z ideą mojego bloga, to dzielę się swoimi recenzjami tychże nabytków.
Sephora Huile Démaquillante (cleansing oil), czyli oliwka do demakijażu


Po ciąg dalszy zapraszam na mojego bloga :

Eco Tools Bamboo 5 Piece Brush set na iHerb ;)

Jako iż na wizażowym wątku okazało się, że mało kto dostrzega kod rabatowy z iHerba na moim blogu (umieszczony po lewej stronie) , to informuję, że  KOD TEN ODEJMUJE 5$ od pierwszego zamówienia.
Pędzle od świąt były niedostępne, a dzisiaj dostałam maila, że pojawiły się ponownie w sprzedaży ;)

I tym oto sposobem możecie nabyć zestaw 4 pędzli Eco Tools (czyli bardzo miękkie pędzle z bambusowymi trzonkami z przyjaznej ekologicznie marki, z oznaczeniem Cruelty Free) za …
4,3 $(9,30$ – 5$)
(czyli ok. 22 zł z wysyłką już)
KOD : QAP372
(zdjęcie nie jest moją własnością, pochodzi ze strony iHerb.com)

Po ciąg dalszy zapraszam na mojego bloga :


Zgodnie z obietnicą, czyli mój najgorszy produkt roku 2010

Celowo nie zrobiłam podsumowania poprzedniego roku i nie wyłoniłam zwycięzców minionych miesięcy. Po prostu nie bardzo umiem to zrobić, gdyż to, co w połowie roku było dla mnie hitem, zostało zastąpione innym kosmetykiem, a to, co  w chwili obecnej na mojej top liście się znajduje, wcale tak wielkim hitem w roku poprzednim nie było…
Zdecydowanie jednak jestem w stanie wyłonić zwycięzcę roku 2010 w jednej kategorii:

Po ciąg dalszy zapraszam na mojego bloga :

Vichy ESSENTIELLES mleczko do ciała bez parabenów

Z balsamami do ciała mam identycznie jak z masłami i odżywkami do włosów. Kupuję na kilogramy wręcz, dziesiątki pudeł w szafkach, a ja i tak używam wiecznie tego samego :) Będąc w sklepie czy w aptece rzadko udaje mi się oprzeć jakiemuś produktowi do ciała, więc wychodzą zazwyczaj z kolejnym masłem do ciała, mleczkiem czy innym kosmetykiem, stając się tym samym szczęśliwą (?) posiadaczką milionowego pudła w mojej łazience ;)
Dzisiaj czas na recenzję mleczka, po którym nie spodziewałam się za wiele, gdyż  marka Vichy do tej pory nie ujęła mnie żadnym ze swoich produktów na tyle, by powtórzyć jego zakup, no może z wyjątkiem paskudnego ale uwielbianego kiedyś przeze mnie idealnemu tapetotwórcy czyli Dermablendem ;) )
Mowa o :
Vichy ESSENTIELLES
odżywcze mleczko do ciała do skóry suchej bez parabenów.
Czemu jednak nabyłam ów kosmetyk? Bo mnie opakowanie przyciągnęło :P Co prawda nie ucieszyłam się na wieść, że w składzie widzę paraffinum liquidum i nie przestaje mnie zastanawiać, dlaczego przynajmniej apteczne marki nie odchodzą od tego składnika (choć podejrzewam, że chodzi o koszty, bo olej mineralny jest tani i przyjął się dość dobrze na rynku). Oficjalnie jednak krzywdy mi większej nie robi, więc nie unikam go jak ognia, ale jednak spokojnie mogłabym się obejść bez niego w składzie.

Po ciąg dalszy zapraszam na mojego bloga :

Derma e Vitamin A gel, czyli żel nawilżający w rozmiarze XXL :)

Derma e to marka raczej mało znana w Polsce, głównie dlatego, że jej kosmetyki nie są u nas dostępne. Ja spotkałam się z nią dopiero na jednym z moich ulubionych blogów, czyli Fashioned in Finland.
I przyznam, iż skusiłam się na jeden z ich produktów właśnie po tej recenzji.
Zakupu dokonałam w sklepie iHerb (sklep z kosmetykami naturalnymi, suplementami diety i innymi produktami, którym warto przyjrzeć się bliżej, zwłaszcza, że mają dość częste promocje, bardzo tanią wysyłkę i sprawną obsługę klienta ;)
No i przy pierwszym zamówieniu (czegokolwiek z tej strony, niekoniecznie akurat tego żelu) można otrzymać 5$ zniżki wpisując kod : QAP372 ;-)
Zniżka odejmowana jest od całości pierwszego zamówienia

Zamówiłam, zapłaciłam, dostałam przesyłkę i przystąpiłam do testów :


Derma E, Vitamin A Wrinkle Treatment Moisturizing Gel

czyli żel nawilżający przeciwzmarszczkowy z witaminą A
 

Po ciąg dalszy zapraszam na mojego bloga :

Mineral Flowers, czyli krem na dzień do cery mieszanej i normalnej

O marce Mineral Flowers słyszałam dużo dobrego – opinie na wizażowym forum, recenzje na KWC, pochwały znajomych i pozytywne słowa o kremach w mailach od Was.
Oczywiście więc kwestią czasu było tylko, zanim sięgnę po któryś z tych niepozornie wyglądających kosmetyków i przetestuję go na swojej skórze.
Dzisiaj więc będzie o :
Mineral Flowers
Day Cream with water of rose & geranium and mud (krem nawilżający do cery normalnej i mieszanej z różą i geranium)

Po ciąg dalszy zapraszam na mojego bloga :


Tym razem coś dla stóp. Bo jeszcze nie było ;)

Zachęcona i zachwycona odkryciem kremu do rąk, który na chwilę zdetronizował moich dwóch ulubieńców (czyli krem do rąk z The Body Shopu i krem L’Occitane) poleciałam do Sephory po jego brata do zadań specjalnych, czyli:
REWITALIZUJĄCY BALSAM DO STÓP
PAT & RUB by Kinga Rusin
O ile osoba Pani Kingi może budzić sprzeczne emocje, o ile samą postać można lubić bądź też nie, o tyle nie powinno to jednak zaważyć na ocenie wprowadzonej przez nią linii kosmetyków, które co tu kryć, są całkiem przyzwoitej jakości.
I choć życzyłabym sobie, żeby Sephora jednak nie windowała sztucznie tych cen (cena kremu na stronie PAT & RUB 39 zł, cena w Sephorze 45 zł), to jednak głównie tam nabywam te produkty.
O kremie do rąk napiszę innym razem, dzisiaj natomiast recenzja balsamu do stóp.

Po ciąg dalszy zapraszam na mojego bloga :


Świat się kończy, czyli podkład drogeryjny na mineralnym blogu :)

Usłyszałam, że świat się kończy. Ja, przeciwniczka wszelkiego rodzaju tradycyjnych podkładów nabyłam takowy. I to nie żadna górna półka. Zwykły sephorowy podkład…
No cóż, słowem sprostowania – to nie tyle ja jestem przeciwniczką drogeryjnych podkładów, co one za bardzo nie chcą ze mną współpracować i wręcz robią ( i robiły) wszystko, żeby mi dokopać. Nic nie poradzę na to, że zarówno gliceryna jak i propylene glycol (a czasem i butylene) szkodzą mojej skórze. I nic nie poradzę na to, że producenci podkładów uwzięli się chyba i pakują te składniki dosłownie do każdego swojego wyrobu…
Odkąd odkryłam minerały przestałam rozpaczać z tego powodu. Owszem, co jakiś czas testowałam nowości, próbowałam, jak zachowują się na mojej skórze i co na to moja skóra, ale nie znalazłam nic, po czym nie miałabym na twarzy wysypu niczym biedna nastolatka borykająca się z zaawansowanym trądzikiem.
Niedawno podczas jakiś zakupów w Sephorze w pakiecie próbek otrzymywanych gratis znalazłam próbkę podkładu.
Moją uwagę przykuło zwłaszcza – nie zawiera parabenów i nie jest komedogenny.


 
Po ciąg dalszy zapraszam na mojego bloga :