sobota, 21 września 2013

Serum L'biotica, czyli kolejne apteczne zaskoczenie (zdjęcia PRZED i PO)

Od kilku tygodni wcielam w życie plan intensywnej pielęgnacji na wszystkich frontach, gdyż powód mojej nieobecności na blogu przez ostatnie miesiące odbił się dość mocnym echem nie tylko na stanie mojej skóry, ale również włosów, a nawet rzęs, które po raz pierwszy w życiu dość mocno mi zaczęły wypadać i zrobiły się praktycznie niewidoczne.

Dlatego też długo się nie zastanawiałam, kiedy podczas wizyty w Hebe w oko wpadło mi serum firmy L'biotica. Co prawda wcześniejsze doświadczeń tą marką do najbardziej udanych zaliczyć z pewnością nie można (krem do rzęs powodował pieczenie, maski i odżywki Wax dość mocno obciążały moje włosy), ale postanowiłam puścić to wszystko w niepamięć i dać szansę temu serum.

Używam go od ok. 6 tygodni. Gdybym miała napisać recenzję po miesiącu używania, byłaby ona całkowicie inna niż to, co napiszę teraz.

Ale po kolei…

Serum zamknięte jest w opakowaniu przypominającym tusz do rzęs, tylko w wersji mini. To, co mi się w nim podoba, to bardzo wygodna moim zdaniem szczoteczka, która idealnie rozczesuje rzęsy. Spotkałam się co prawda z opinią, że jest beznadziejna i ciężko nią nałożyć serum, ale kompletnie nie zgadzam się z tym zdaniem:) Na moje rzadkie i cienkie rzęsy aplikuje dokładnie tyle kosmetyku, ile potrzeba. Co prawda zauważyłam, że po prostu lubię się nim mazać i czasem wieczorem zanim pójdę spać, to dwukrotnie mi się zdarza go użyć, ale dzięki temu mogę stwierdzić, że braku regularności w stosowaniu nikt mi zarzucić nie może.

 

Ciąg dalszy TUTAJ

środa, 18 września 2013

Czasem jednak warto, czyli niespodzianka z apteki

Niejednokrotnie pisałam o tym, że sporadycznie robię zakupy pielęgnacyjne w naszych polskich drogeriach / aptekach. Nie dlatego, że mam coś przeciwko chemii w owych kosmetykach. Chemia nie zawsze jest zła. I gdybym mogła, pewnie znacznie częściej sięgałabym po to, co łatwo dostępne. Niestety, ze względu na sporą nietolerancję dość powszechnych składników, zmuszona jestem szukać takich kosmetyków, które ich nie zawierają. A to nie jest proste zadanie, bo znaleźć coś, co nie zawiera glikolu propylenowego albo gliceryny wysoko w składzie, masła shea czy trójglicerydów, witaminy E bądź skwalanu w nadmiarze, wcale zadaniem prostym nie jest. Najczęściej wręcz niemożliwym.
Dlatego też, kiedy ostatnio okazało się, że zostałam bez czegokolwiek do demakijażu (do dzisiaj nie wiem, jak to się stało), zmuszona byłam zrobić szybką rundkę po sklepach i aptekach. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że jednak wyprodukowano coś dla mnie. 10 razy sprawdzałam skład, żeby się upewnić, iż na pewno wzrok mnie nie myli. No bo jak to? Taki skład?
Aqua, Cetearyl Alcohol, Sodium Cocoyl Isethionate, PEG-8, Panthoneol, Phenoxyethanol, Methylparaben, Butylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Isobutylparaben.
Nic tam niefajnego dla mnie nie dołożyli? Nieeeemożliwe. Pomijam jego poprawność pod względem potencjalnej szkodliwości. Jej ocenę zostawiam każdemu z osobna (tak, tak, nieszczęsne parabeny są obecne). Dla mnie – świetny. Nie ze względu na to, co zawiera, ale właśnie ze względu na to, czego NIE zawiera.
Do rzeczy. O czym mowa? O żelu (a raczej emulsji, ale o tym później), którego producentem jest Ziaja.

Ziaja Med, Kuracja Lipidowa, Fizjoderm, Żel


Ciąg dalszy TUTAJ

sobota, 14 września 2013

Permanent Taupe Maybelline, czyli czar prysł

Jakiś czas temu pisałam o moim ulubionym ostatnimi czasy cieniu w kremie Maybelline, znanym chyba każdej czytelniczce blogów, czyli On and on the bronze. Pisałam również o tym, że w moje ręce wpadł ten odcień tylko i wyłącznie dlatego,  że w drogerii chwyciłam nie ten odcień, który chciałam. Od dłuższego czasu natomiast polowałam na Permanent Taupe, bo większość tego, co można znaleźć pod nazwą "taupe" od razu przykuwa mój wzrok i budzi chęć posiadania. Niestety, w mojej drogerii od dłuższego czasu trafiałam półkę pełną tych cieni, z wyjątkiem tego jednego jedynego.



Dlatego też, kiedy podczas przypadkowej wizyty w Rossmanie mignął mi w przelocie, od razu wylądował w koszyku, a ja szczęśliwa udałam się do domu, żeby natychmiast go wypróbować (oczywiście przedtem powędrowałam do kasy, żeby za niego zapłacić :) )

Ciąg dalszy TUTAJ